środa, 24 lipca 2013

56. "Ludzie to idioci."

Wstałam i podeszłam zmęczona do okna. Usiadłam na futrynie i przejechałam dłonią po szkle. Padał siarczysty deszcz. Oparłam czoło o okno i przyglądałam się spadającym kroplom. Do sali ktoś zapukał i pociągnął klamkę w dół, by wejść. Zamknęłam oczy i skuliłam się na parapecie.
-Yhh... Ty na oknie. Ja tu z informacjami o tym tlenionym. - powiedział śpiewnym głosem mężczyzna. Spojrzałam na niego i ujrzałam chłopaka, na oko 18 lat, z krótko wygoloną głową i brązowymi oczami.
-Słucham uważnie. - odparłam zwieszając nogi z parapetu. Ten westchnął i spojrzał na kartę.
-Jest z nim coraz lepiej, ale nie wiadomo kiedy się obudzi. - odparł cicho i spojrzał na mnie.
-Dziękuję panie... - urwałam i wstałam.
-Salling... W sumie mów mi Joe. Będę czuwał nad twoim chłopakiem. - mruknął i usiadł na sąsiednim łóżku.
-To mój kuzyn. - powiedziałam i uśmiechnęłam się lekko. - Czyli mam do ciebie zaufanie, bo musi być zdrowy i mam nadzieję, że ty tego dokonasz. - dodałam radośnie i podałam mu dłoń. - Carmen Black. - przedstawiłam się, a on potrząsnął moją dłonią.
-Mam do ciebie słać sowy z postępami jego leczenia? - spytał spokojnie, a ja pokiwałam twierdząco głową.
-Jeśli zdarzy się coś na prawdę ważnego to mi wyślij sowę do Hogwartu. - poprosiłam, a ten przytaknął.
-Jeśli takie jest twoje życzenie to z chęcią je spełnię. - zaśmiał się i wstał. - Miło było mi cię poznać Carmen.- dodał.
-Mi również Joe. - odparłam i spojrzałam na nieprzytomnego Draco. Usłyszałam trzask zamykanych drzwi i w pomieszczeniu zostałam ja i Malfoy. Teraz spostrzegłam, że mam na sobie zakrwawiony sweter i trochę naddarte spodnie. Usiadłam koło tlenionego i pogłaskałam go po policzku. - Wszystko będzie dobrze. - szepnęłam z uśmiechem i wstałam. Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie błonie. Poczułam szarpnięcie i stanęłam na środku Zakazanego Lasu. Serio? Miałam cały Hogwart do wyboru, a ja w ostatniej chwili pomyślałam o tych cholernych testrelach? No dobra, kocham je czasami bardziej niż żyjących jeszcze braci, ale czy to moja wina, że tak często o nich myślę. Za dużo morderstw widziałam jak na nastolatkę, a przynajmniej taką specyficzną. Krew mnie nie ruszała, flaki nie przewracały mi jedzenia w żołądku. Jedyne czego nie mogłam ścierpieć to okrucieństwo przeciwko magicznym stworzeniom. Ktoś krzywdził testrela, hipogryfa, smoka czy kij tam co, od razu tracił w moich oczach. Na prawdę mógł być najuczciwszym człowiekiem na ziemi, ale i tak zostałby za to surowo ukarany... Oczywiście mówię o karze wymierzonej przeze mnie, bo w inne nie wierzę. W sumie w niewiele rzeczy to ja wierzę. Wiara to miłość, to nadzieja i przyjaźń. Reszta to zakłócebia bez których nie było by życia na ziemi. Dlaczego? Bo dobro jest mdłe bez zła. Ujrzałam cień domku Hagrida i ulatujący dym z jego komina. Smog miał kolor szarej mgły, która pojawiała się mi przed oczami przy dementorach... Dementorów bym nie żałowała. Ruszyłam w świetle księżyca ku zamkowi. Mam nadzieję, że nikt mnie nie nakryje. Szłam cicho jak myszka, aż doszłam do schodów. Weszłam na pierwszy stopień, a ten wredny szajs zabrał mnie na przejażdżkę. - Przestań. - ryknęłam, a schody zatrzymały się tuż nad przepaścią. No to są chyba jakieś kpiny, a ja zaraz otworzę oczy i ujrzę zasunięte kotary w moim dormitorium. Niestety nic takiego się nie stało. Usiadłam na schodach zrezygnowana i podparłam dłońmi głowę. Jest około jedenastej w nocy, a ja nie jestem w swoim łóżku. Zamknęłam oczy i oparłam głowę o poręcz.
-Hej... Black, co ty tam robisz? - usłyszałam głos jakiejś dziewczyny. Otworzyłam oczy i ujrzałam Ginny.
-Cześć ruda. Pomożesz mi? - spytałam wstając i chwytając się poręczy. Ta tylko pokiwała głową. Schody zaczęły się ruszać, a ja weszłam na stały grunt. - Dzięki. - powiedziałam i spojrzałam na młodszą gryffonkę z wdzięcznością. Ta pokiwała głową.
-Nie ma za co. - odparła i ruszyła do naszej wieży. Poszłam za nią z głuchym łoskotem kroków. Uśmiechnęłam się lekko i weszłam do pokoju wspólnego. Na fotelu siedziała Alicja Spinnet. Miała zamknięte oczy i była blada. Wzruszyłam bezsilnie ramionami i ruszyłam do swojego dormitorium i szybko opadłam na łóżko. Zasnęłam w mgnieniu oka. Obudziła mnie jakaś szarpanina i kilka nieprzystającym dziewczynom przezwisk.
-Co jest? - spytałam zaspana. Przetarłam powieki i spojrzałam na nie. Angie i Katie ucichły.
-Alicja się na nas obraziła przez nią. - odparła Bell i wskazała Johnson.
-Ja? - ryknęła Katie. - To wszystko przez ciebie. - dodała wkurzona.
-Wcale nie. - burknęła Angelina. Usiadłam w łóżku i przeciągnęłam się lekko.
-O co poszło? - spytałam sennie i zwiesiłam nogi z łóżka.
-O Kruma. - odparła Alicja stając w drzwiach. Wzruszyłam ramionami i podeszłam do kufra. Szybko wzięłam jakąś bluzę, ciemną koszulkę i spodnie. Weszłam do łazienki i założyłam je szybko. Uczesałam się w kucyka i wyszłam z pomieszczenia. Wzięłam kilka książek i wyszłam z dormitorium. Ruszyłam ku Wielkiej Sali. Usiadłam na swoim miejscu i spojrzałam na stół. To jeden z nielicznych razów gdzie się nie spóźniłam na śniadanie. Obok mnie usiadł Fred.
-Witaj. - powiedział z uśmiechem. Zaśmiałam się i spojrzałam na niego. -Cześć. - odparłam i wzięłam jajecznicę do ust.
-Znalazłaś go? - spytał cicho, a ja pokiwałam głową.
-Teraz jest w Świętym Mungu. - odparłam radośnie. Weasley pokiwał głową. Zaczęła się sowia poczta i jakaś ciemna sowa. Usiadła przede mną i wyciagnęła nóżkę. Pogłaskałam ją i odwinęłam pergamin. List od Joe'go. "Witaj Carmen. Jak prosiłaś tak i cię informuję. Twój kuzyn odzyskał świadmość, ale trochę świruje. Pozdrawiam Joe." Uśmiechnęłam się do kartki i wyczarowałam pergamin i pióro. Zaczęłam bazgrać. "Drogi Joe. Dziękuję za informację. Spytaj się go co pamięta i czy może się ruszać. Pozdrawiam Carmen." Zawinęłam liścik na nóżce jego sowy. - Joe Salling. - powiedziałam wyraźnie, a sowa odleciała.
-Kto to Joe? - spytał Fred.
-On jest uzdrowicielem i opiekuje się Draco. - odparłam i pogłaskałam Weasley'a po policzku. Ten pokiwał głową i objął mnie ramieniem. Drzwi do sali rąbnęły z łoskotem o ściany. Wszyscy spojrzęli w tamtą stronę. Na środku stał Severus z jakąś zapłakaną dziewczyną z Beauxbatons.
-Ukradła mi połowę zapasów. - ryknął nietoperz. Zaczęłam się cicho śmiać z jego wściekłej miny. Śniadanie się skończyło, a ja ruszyłam na zajęcia.
~Nie lubię tego opisywać, bo zazwyczaj nic się nie dzieje. Teraz jestesmy na błoniach.~
Usiadłam obok Rose roześmiana.
-Nawet nie wiesz jak się cieszę, że ci idioci z Durmstrangu wyjeżdżają. - zaczęłam uradowana, a ona pokiwała wesoło głową.
-Ja też się cieszę. Już mnie wnerwiali. Ponad to Corner był w Bułgarii, a u mnie jakiś cholerny dryblas. Wiesz ile on potrafi spieprzyć jednego dnia? Rozwalił u nas okno, witraż poszedł doszczętnie, książki podpalił, a hipogryf tak dostał, że teraz utyka na tylne nogi. I to wszystko jednego dnia, rozumiesz? - spytała po pasjonującej opowieści.
-Rozumiem. Ludzie to idioci. - odparłam z wielkim uśmiechem.
-Zróbmy coś głupiego. - szepnęła Rose, a ja wskazałam na jezioro obok nas. Byłyśmy ubrane w ciepłe swetry i spodnie, a woda była strasznie zimna.
-Wskakujesz? - spytałam wstając i otrzepując się ze śniegu. Podałam jej ramię i razem zaczęłyśmy biec w kierunku jeziora. Wpadłyśmy do lodowatej wody jak idiotki. Śmiałyśmy się jak niepełnosprawne umysłowo. Zaczęłam ryczeć ze śmiechu jak jeszcze nigdy. Rose mi wtórowała. Byłyśmy mokre od szyi aż po stopy.
-Jesteś głupia. - zaśmiała się, a ja przytaknęłam z powagą.
-Miło mi debilu. - odparłam z wielkim wyszczerzem.
-Dziewczynki, macie natychmiast wyjść z tej lodowatej wody. - ryknęła Minerwa okryta grubym płaszczem. Wyszłyśmy ociekając wodą. Złapałam Martin za dłoń i razem ruszyłyśmy ku Hogwartowi. Uśmiechnęłam się do Rose, a ona odpowiedziała mi tym samym. Za nami ciagnął się sznur wody. Z włosów i przeciążonych swetrów leciała bezbarwna ciecz. Kroczyłam ku swojej wieży. Wlazłam tam i ściągnęłam sweter. Koszulka ciasno przylegała do mojego ciała.
-Co ci się stało? - zaśmiał się Neville i wstał z fotela.
-Jak bawić się to na całego. - odparłam z uśmiechem. - Wlazłyśmy z Rose do jeziora. - odparłam. Zadygotałam lekko, a ten okrył mnie kocem.
-Co wam strzeliło do głowy? - spytał wesoło. Wzruszyłam radośnie ramionami.
-Dzięki za koc. - szepnęłam i ruszyłam do swojego dormitorium, by się osuszyć. Weszłam tam z uśmiechem i zrzuciłam ciuchy na podłogę. W samej bieliźnie podeszłam do szafy, a drzwi się otworzyły i wkroczył tam Lee i Angie. Szybko narzuciłam na siebie jakąś koszulkę, gdyż para się całowała i nawet mnie nie zauważyła. Odchrząknęłam, a oni spojrzęli na mnie. - Nie chciała bym wam przerywać, ale moglibyście się trochę powstrzymać. - poprosiłam, a oni zaróżowieni usiedli na łóżku. Wgapiali się w swoje trampki, a ja weszłam do łazienki. Wlazłam pod gorącą wodę i przemyłam się lekko. Wyszłam już uśmiechnięta i jakież było moje zdziwienie, gdy ujrzałam małą ciemną sówkę na swoim łóżku. Znowu Joe? Lubię tego uzdrowiciela, ale zaczyna mnie wnerwiać. Odwinęłam pergamin i zaczęłam czytać. "Witaj Carmen. Mam dla ciebie dobrą i złą wiadomość. Dobra jest taka, że odzyskał pamięć całkowicie, a zła, iż uciekł. Pozdrawiam Joe." No chyba zaraz go zabiję. Prosiłam o opiekę nad niedołężnym kuzynem, któremu rozwalono dom, a on go nieupilnował? Walnęłam mocno pięścią w ścianę, a w nadgarstku mi coś chrupnęło. No zarąbiście po prostu. W piątek mecz, a ja sobie coś połamałam. Ruszyłam wściekła do pani Pomfrey i otworzyłam drzwi do Skrzydła Szpitalnego. Spojrzałam na łóżka i zamarłam. Zaczęłam się panicznie śmiać i podeszłam chwiejnymi nogami do łóżka najbliżej mnie. Skąd on się tu wziął i czemu jest nieprzytomny. Czuję jakbym słyszała jego cholernie radosny śmiech. Jego zielone oczy nadal się na mnie patrzą spod zapadniętych i podkrążonych powiek. Usiadłam obok niego i złapałam go za dłoń. Będzie dużo do wyjaśnienia.
_________________________________________
Wracam z nowym rozdziałem. Wybaczcie za długi czas oczekiwania i w zamian takie coś, ale wyznaczyłam sobie za cel oglądnąć wszystkie odcinki Glee, więc życzcie mi powodzenia. :) Rozdział dedykuję mojej małej siostrzyczce, która codziennie dostaje ode mnie w piernicz za lenistwo itp. Wiem, że tego nie przeczyta, bo sama jej zakazuje patrzeć mi w notatki, ale mimo wszystko ją kocham, bo to mały, cholernie emocjonalny gówniarz. W sumie to tyle…

piątek, 12 lipca 2013

55. "Zabija mnie ta cholerna bezsilność."

Mimo wszystko Krum nadal siedział obok mnie.
-Ja... Ja chcę ci podziękować. - szepnął zawstydzony. Zakrztusiłam się tostem.
-Co kurna? - spytałam zaskoczona dogłębnie.
-Bo wiesz... Na początku nie rozumiałem co to jest miłość, ale potem zobaczyłem jak patrzysz na Freda... Najbardziej tęskne spojrzenie było po rzuceniu Obliviate. Wtedy tego nie rozumiałem. Teraz wiem co zrobiłem i przepraszam cię za wszystko co złe. Poza tym dziękuję, bo dzięki tobie zrozumiałem, że kobieta to nie zabawka. - odparł z delikatnym uśmiechem. Nie mogłam sklecić najprostszego zdania. - Carmen? - spytał Krum, a ja zamknęłam usta.
-Jestem... conajmniej zdziwiona. - powiedziałam cicho.
-Ale to wszystko prawda. - mruknął i wstał. - Przyjdź później na eliksiry. Powiem, że jesteś w Skrzydle. - dodał, a ja pokiwałam głową z wdzięcznością. Kurde, ale jak to możliwe, że TEN Wiktor Krum i mi podziękował i przeprosił... I to napewno on, bo kto inny by o tym wiedział? Dojadłam tosta i wstałam zgarniając torbę. Ruszyłam do lochów. Zapukałam delikatnie do drzwi. Otworzyłam wrota, a oczy wszystkich zwróciły się ku mnie.
-Witaj Carmen. Pan Krum powiedział mi gdzie byłaś, więc usiądź. - powiedział spokojnie Snape.
-Dziękuję Severusie. - odparłam i podeszłam do Rona, który siedział sam. Wszyscy wytrzeszczali na mnie oczy, a Ronald najbardziej. Usiadłam obok niego i wyciągnęłam książkę.
-Wracając do lekcji, kto mi powie co robi eliksir tojadowy? - spytał Snape. Kilka osób się zgłosiło, ale ja zajmowałam się bardziej rozmyślaniem gdzie może być Draco. Ron szturchnąl mnie w ramię.
-Pyta o Veritaserum. - szepnął cicho rudzielec.
-Jaka jest odpowiedź na pytanie co robi ten eliksir? - mruknął normalnym i średnio zimnym tonem Sev.
-Jest to eliksir powodujący mówienie prawdy. - odparłam nieśmiało. Ten pokiwał głową i uśmiechnął się lekko.
-Gdyby nie pan Weasley to byś nie odpowiedziała. - powiedział Snape.
-Dzięki. - szepnęłam do zaskoczonego Rona. Profesor powrócił do lekcji.
-Jak ty to robisz? - spytał wreszcie rudy.
-Ale co? - wybełkotałam niezrozumiale.
-Snape się do ciebie... Uśmiecha. - odparł. Wzruszyłam ramionami i robiłam notatki z lekcji. Przez resztę zajęć ludzie gapili się na mnie jak na idiotkę. Słyszałam szepty za plecami, a czasem ktoś się zaśmiał. Mam was wszystkich głęboko w nosie, pomyślałam i z uśmiechem ruszyłam na Wielką Salę na obiad. Usiadłam obok Freda.
-Słyszałem o akcji z Snape'm. - mruknął rozbawiony. Ja uśmiechnęłam się szeroko.
-Przecież nie powiem wszystkim, że współpracowaliśmy, by siostra Voldemorta, która zabiła mojego ojca, przeżyła. - odparłam beztrosko i ugryzłam tosta. Fred przytaknął i cmoknął mnie w policzek.
-No bo chyba to nie było by możliwe byś zakochała się w nietoperzu. - zaśmiał się.
-No wiesz... - urwałam widząc zaskoczony wyraz twarzy Freda. - Przecież żartuję. - zapewniłam go spokojnie.
-Gdzie idziemy szukać Draco tym razem? - spytał zmieniając temat.
-Do wujka Rudolfa i cioci Bellatriks. - odparłam beztrosko. - Wujek Ruddie jest najukochańszym starszym Śmierciożercą jakiego znam. - dodałam z uśmiechem.
-Jeśli tak mówisz. - powiedział, a ja musnęłam delikatnie jego usta.
-Uwierz mi. - mruknęłam cicho. Ten kiwnął głową i pogłaskał mnie po policzku. Wstaliśmy i ruszyliśmy ku pokojowi wspólnemu Gryffonów. Na moment weszłam do toalety, a kiedy z niej wyszłam Weasley miał nietęgą minę.
-Dostałem szlaban. - wybełkotał zły.
-Od kogo? - spytałam zrezygnowana.
-McGonagall. - odparł i walnął głową w ścianę. Położyłam mu dłoń na ramieniu.
-Przeżyję skarbie. - powiedziałam spokojnie, a ten cmoknął mnie w czoło.
-Powodzenia. - mruknął, a ja pokiwałam głową. Ruszyłam do pokoju wspólnego i rzuciłam torbę przy fotelu, na którym usiadłam. Spojrzałam w kominek, który mimo wczesnej pory palił się mocno i sypał iskrami. Za mną stanęła Angelina.
-Carmen... Mogę? - spytała wskazując na fotel obok. Pokiwałam głową z uśmiechem.
-Co tam? - spytałam z uśmiechem. Jej twarz wyglądała jak twarz clowna polana wodą. - Płakałaś. - stwierdziłam, a ona kiwnęła w geście przytaknięcia.
-Lee... Byłam zbyt zazdrosna o wszystkich. - wymruczała pod nosem. Ja spojrzała na nią i przywołałam paczkę chusteczek. Podałam je pannie Johnson. Ta uśmiechnęła się blado. Poklepałam ją lekko po ramieniu.
-Jak jesteś zazdrosna to znaczy, że ci na kimś zależy, ale nie można przesadzać. - mruknęłam i wstałam. - Powodzenia. - dodałam i poszłam do dormitorium. Wzięłam czarny plecak i wpakowałam do niego trochę jedzenia i nadpalony fragment zdjęcia. Naciągnęłam sweter na siebie i ujęłam czapkę zimową w dłoń.
-Gdzie idziesz? - spytała Angie otwierając drzwi.
-Ku przygodzie. - odparłam zapinając plecak. Wyjęłam pergamin i zaczęłam skrobać na nim 6 słów. "Fredzie. Jestem u wujka Rudolfa. Carmen." Zgięłam karteczkę i położyłam na jego swetrze.
-A tak serio serio? - mruknęła Johnson.
-Tleniony. - burknęłam i wyszłam szybko. Zeszłam na dół niosąc w kieszeni zminiaturyzowaną miotłę. Wyszłam szybko na błonia i wyjęłam Błyskawicę. Dotknęłam barwionego drewna i mruknęłam : "Do mnie". Westchnęłam głęboko przypominając sobie stare czasy. Wsiadłam na miotłę i odbiłam się z białego puchu. Powoli widziałam prześwity w grubej warstwie śniegu, więc źle nie jest. Zaczęłam lecieć ku Lestrangom. W sumie ciocia Bellatriks nie powinna torturować Draco, ale kto ją tam wie. Poza tym bardzo dawno nie widziałam wujka Ruddiego. Wiatr rozwiewał mi włosy i doprowadzał do zimnego błogostanu. Wreszcie ujrzałam niewielki zarys posiadłości. Dotknęłam bariery ochronnej końcem trampka. Odepchnęło go kilka metrów dalej. Stanęłam na ziemi wyklinając magię ochronną. Spojrzałam przez barierę i wyciągnęłam różdżkę. - Spróbujmy... Reducto. - mruknęłam po czym ściana eksplodowała. Weszłam z miną jak szef i podeszłam do drzwi. Dom wyglądał na nieużywany od kilku miesięcy. Dotknęłam drzwi, a te otwarły się na oścież. Weszłam powoli i z rozwagą. Było cicho i ciemno. - Lumos. - szepnęłam, a z mojej różdżki buchnęło kilka iskierek, po czym światło zgasłp dając mi do rozumienia, że z magii nici. Spojrzałam na ścianę i ujęłam w palce pół niestopionej jeszcze świeczki. Wyjęłam zapałki i rozpaliłam świeczkę... Skąd ja mam tu zapałki? Fred maczał w tym palce. Poświeciłam powoli świeczką po ciemnym pomieszczeniu. Ruszyłam do przodu. Weszłam do kuchni. Na stole leżała niedopita kawa i nadpalony Prorok Codzienny. Ujrzałam na pierwszej stronie jakże urokliwy tytuł informujący o wybraniu jakiejś ważnej szychy z Ministerstwa. Miał to być jakiś Półkrwii, więc nie dziwię się, że to podpalili. Wyszłam z kuchni i weszłam do wielkiego salonu. Stolik był rozwalony, a kanapa obdarta z poduszek. Podeszłam do niej i ujrzałam jakby ślady pazurów i kilku zaklęć niszczących. Przejechałam dłonią po mokrej kanapie i przytknęłam sobie rękę do nosa. Śmierdziała zmokłym psem i kilkoma litrami eliksiru Żywej Śmierci. Wytarłam ręce o spodnie i ruszyłam do lochów. Minęłam kilka trupów i usłyszałam cichy jęk rozpaczy. Ruszyłam w tamtą stronę i ujrzałam małą zwiniętą kulkę na środku jednej z cel. - Draco? - spytałam przerażona, a kulka jęknęła. - Kurwa, Draco. - dodałam i uklękłam przy nim.
-Yax... - urwał i zemdlał. Szybko złapałam go za dłoń i teleportowałam się do Świętego Munga. Przyjęli mnie tam z dziwnie otwartymi ramionami. Wzięli Malfoya na wózek i zatachali na badania. Usiadłam w poczekalni i oparłam łokcie o kolana. Potarłam kłykciami oczy. Znowu tu siedzę. Siedzę jak idiotka i nie mogę nic zrobić. Zabija mnie ta cholerna bezsilność. Najgorsze jest to, że on mnie potrzebował wcześniej, a ja to w pewnym sensie zignorowałam. Życie jest niedorzeczne. Jednego dnia to zajebisty tleniony mężczyzna, a drugiego sfatygowana zabawka jakiegoś cholernego fanatyka. Z sali wyszedł uzdrowiciel.
-Panno Black... - urwał, a ja wstrzymałam oddech. - Pan Malfoy właśnie odzyskał przytomność. - oświadczył, a ja wstałam.
-Dziękuję za informację. Czy mogę się z nim zobaczyć? - spytałam. Uzdrowiciel pokiwał głową i otworzył mi drzwi. Weszłam i ujrzałam Draco. Jego stalowe oczy były wypłowiałe i pozbawione jakich kolwiek emocji. Podeszłam do niego i usiadłam obok na krześle.
-Yax... Yaxley... To on. - szepnął chrypiącym głosem. Pogłaskałam go po głowie.
-Dostanie za swoje, ale teraz śpij. - odparłam z bladym uśmiechem. Ten zamknął oczy, a ja musnęłam ustami jego czoło. Drzwi do Sali się otworzyły. Ujrzałam smutnego brązowookiego chłopaka... A może mężczyznę? - Co ty tu robisz? - spytałam zaskoczona i złapałam dłoń Draco.
-Mam pewną ważną informację. - odparł tajemniczo.
-Nadal żyjesz? - spytałam, a Barty usiadł obok mnie. Jego brązowe oczy wgapiały się we mnie zdziwione. Pstryknęłam mu palcami przed twarzą. - No mów. - jęknęłam, a ten ocknął się z odrętwienia.
-Czarny Pan chce kilka mugoli pozabijać z Hogwartu. - mruknął zdegustowany, a ja spojrzałam na niego ogłupiała.
-Porąbało go już do reszty? - szepnęłam wnerwiona. Crouch tylko wzruszył ramionami. - Nieoceniona pomoc. - mruknęłam, a ten się zaśmiał.
-Jak zawsze do usług. - odparł z uśmiechem. - Miałem ci tylko to przekazać. - mruknął i wstał.
-Pa. - szepnęłam i znowu zostałam sama. Usłyszałam jedynie trzaśnięcie drzwi, a potem oddech Draco. Nienawidzę ciszy.
_________________________________________________________
Przepraszam za krótki rozdział, ale brak weny nadszedł. Poza tym dedykuję go Klaudii i Wiktorii. To tyle. :*

piątek, 5 lipca 2013

54. "W świecie pełnym chamstwa, morderstw i nienawiści delikatność to słabość."

Draco. Usłyszałam imię Draco. Nie wolno im go zabić. Nie pozwolę. Nawet jakbym miała się zmaterializować i powybijać tych tłuków to to zrobię, byle nie zabijali mi tlenionego. To byłoby już bestialstwo. Wpadłam do pokoju.
-Co to ma znaczyć? - ryknęłam na brata. Ten spojrzał na mnie z satysfakcją.
-Jeśli zgodzisz się mnie opuścić to Draco przeżyje. - odparł z uśmiechem. Pisnęłam i wyleciałam wnerwiona z domu. Jest tylko jedna osoba, która kocha go tak samo jak ja. Pognałam ku Hogwartowi. Jest jedno pytanie... Czy ona mnie zobaczy? Po chwili ujrzałam mury szkoły. Ruszyłam do Wieży Gryffindora. Ujrzałam Carmen wtuloną we Freda. Koniec tej sielanki.
~Teraz przejdźmy do nie zdającej sobie z niczego sprawy. *perspektywa Carmen*~
Dłonie śpiącego Freda oplatały moje ciało. Zamknęłam oczy i uśmiechnęłam się lekko.
-Nie szczerz się tak. - wybełkotał Weasley.
-Ohh. Zamknij się. - burknęłam do niego. Usłyszałam dźwięk tłuczonego szkła. Spojrzałam na porcelanową wazę i zamarłam. Wstałam szybko i podeszłam do mglistego półcienia. Wyłoniła się stamtąd dłoń.
-Draco ma kłopoty. - wyszumiała mgła.
-Ni-Nina? - spytałam, a mgła zakołysała się do góry i do dołu.
-Masz go chronić. - ryknęła i zniknęła. Przełknęłam głośno ślinę.
-Rudy... Masz chwilę żeby się zebrać. - mruknęłam zrzucając chłopaka z fotela.
-Jesteś gorsza niż moja matka. - jęknął podciągając się na łokciach. Ujęłam poduszkę w dłoń i trzepnęłam go przez łeb. - A to za co? - warknął łapiąc się za głowę.
-Za porównanie. - odparłam i wystawiłam mu język. Ten wstał i położył dłonie na moich biodrach.
-A to za uderzenie cie w twarz. - wyszeptał i pogłaskał palcami mój policzek. Uśmiechnęłam się delikatnie.
-Nie przepraszaj. - poprosiłam. - To ja powinnam. - dodałam półgłosem i uniosłam się na palcach do góry. Ten z uśmiechem odepchnął mnie od siebie i usiadł na stole. Jego dłonie posadziły mnie na jego kolanach. Oparłam swoje czoło o czoło rudzielca.
-Tutaj to ja powinienem się starać, a nie ty. - szepnął i wpił się w moje usta. Zarzuciłam mu dłonie na szyję i zaplotłam je na karku. Jego usta ruszały się lekko na moich. Odsunęłam się od niego.
-Coś się stało Draco. - wybełkotałam i ukryłam głowę w zagłębieniu między głową, a ramieniem. - I ty będziesz ze mną gdy będę go ratować. - dodałam ciszej, a ten tylko przytaknął głową.
-Pomogę ci. - szepnął i wstał.- Jak się do niego dostaniemy? - spytał po chwili ciszy.
-Raxierem, a czym? - mruknęłam wstając. Zarzuciłam sweter z C i wcisnęłam ciemne kozaki na nogi. Fred stał w swoim swetrze i z dwoma czapkami. Jedną założył sobie, a drugą mi. Ruszyliśmy powoli na dół. W miarę szybko ze względu na godzinę 23. W pewnej chwili zderzyłam się czołowo z jakimś mężczyzną. - Severusie? - wyszeptałam zaskoczona. Dwie fiolki potoczyły się po dywanie.
-Carmen? Weasley? Co wy tu robicie o tak późnej porze? - spytał półgłosem. Wstałam.
-Lecimy ratować Draco. - odparłam jakbym mówiła o Nutelli, a nie o moim ulubionym kuzynie.
-Ra-Ratować? - jęknął, a ja przytaknęłam.
-Musimy lecieć. - odparłam szybko i złapałam Freda za dłoń. Zaczęłam biec w stronę wyjścia.
-Cholera, Carmen... Wolniej. - warknął Weasley.
-To jest mój kuzyn, więc rusz dupę i nie gadaj. - burknęłam i dobiegłam do jakiegoś obrazu. Dotknęłam jakiejś cegiełki, a obraz się odsunął. Wepchnęłam tam i siebie i rudego. Po chwili stanęliśmy w jakimś zaułku na Hogesmeade. Gwizdnęłam przeciągle i przywarłam ciałem do Freda.
-Zimno ci? - spytał zaskoczony i poprawił mi czapkę.
-Nie, ale zaraz będzie. - odparłam słodko. Usłyszeliśmy trzepot wielkich skrzydeł. - Rax. - zaśmiałam się patrząc na pojawiającą się powoli sylwetkę smoka.
-Jest piękny. - przyznał Fred z rozdziawioną gębą.
-Był Regulusa. - powiedziałam łapiąc Weasleya za dłoń. Smok wylądował przed nami. Wspięłam się na niego szybko i sprawnie. Fred był po mnie, ale pociął dłonie na jego łuskach. Krew sączyła się z kilku pojedynczych ranek. - Zakleję ci to na miejscu. - mruknęłam i splotłam jego palce na moim brzuchu.
-Dobrze. - odparł łagodnie i cmoknął mnie w kark. Zadrżałam delikatnie.
-Leć. - powiedziałam klepiąc smoka. - Dwór Malfoya. - dodałam spokojnie. Krew przeszła przez mój sweter i delikatnie drażniła moją skórę. Zaśmiałam się i pogłaskałam smoka. - Jesteś sierotą. - stwierdziłam gładząc go po dłoniach.
-Ale twoją. - odparł mi cicho na ucho. Przeszły mnie dreszcze, więc on mocniej do mnie przywarł. Wreszcie dolecieliśmy do domu Draco. Mam nadzieję, że jee... Zamarłam, bo ujrzałam rozwalony dwór.
-O cholera. Ląduj. - ryknęłam, a smok ostro zachamował i opadł na dół. Szybko zsunęłam się na dół kalecząc plecy i rozcinając policzek. Weszłam na gruzy i pochyliłam się nad zwęglonym kawałkiem papieru. Ujrzałam napis : "Dusza nie wych" i pół czerwonej twarzy Malfoya. Schowałam szybko zdjęcie i spojrzałam na inne rzeczy.
-Carmen... - wybełkotał Fred wskazując na jakiś materiał w ludzkim kształcie. Podeszłam do tego szybko i ściągnęłam prześcieradło. Zakryłam to najprędzej jak potrafiłam. Zaczęłam biec przed siebie nie zwracając uwagi na wołanie Freda. Wrzeszczał jak opętany, ale ja zatrzymałam się dopiero jak uderzyłam w drzewo. Odbiło mnie i wpadłam w zaspę śnieżną. Weasley wreszcie do mnie dobiegł i uklękł obok mnie.
-Tam był... Tam był Alastor. Mój strażnik. - wybełkotałam, ale nie płakałam. Nie miałam już łez. Ale chwila... Al nie żyje. Jest tylko moim wyobrażeniem. A jednak...
-Kochanie, ale tam nic nie ma. - wyszeptał chłopak zaskoczony.
-On nie żyje. - ryknęłam, a Fred ścisnął mi dłoń zostawiając na niej ślady swojej krwi.
-Jego nie ma! - krzyknął głośno, a ja spojrzałam mu w oczy. - Nigdy go nie było. To jest twoja wyobraźnia. - dokrzyczał, a ja wtuliłam się w niego. - Wstawaj. Trzeba go ratować. - dodał cicho. Pokiwałam rozumnie głową i wstałam.
-Wybacz. - szepnęłam i ruszyłam ku szczątkom dworu. - Dziękuję. - dodałam spuszczając głowę w dół.
-Nie musisz za nic dziękować. - odparł Freddie i objął mnie ramieniem. - Ważniejsze są gesty niż słowa. - dodał z uśmiechem. Zatrzymałam go i usiadłam na ziemi. Fred usiadł obok. Wzięłam jego dłonie na kolana i wyjęłam bandaż wraz ze spirytusem.
-Może boleć. - ostrzegłam i skropiłam mu rany spirytusem. Weasley syknął z bólu. Dotknęłam delikatnie jego ran ustami.
-Nie boli. - zapewnił lekko się rozpływając. Zaczęłam mu zawiązywać rany bandażem. - Nie potrafisz być delikatna. - stwierdził krzywiąc się mocno.
-W świecie pełnym chamstwa, morderstw i nienawiści delikatność to słabość. - odparłam zawiązując kokardkę na koniec. Ten zaśmiał się lekko. Wstałam razem z nim i uśmiechnęłam się.
-Masz krew na policzku. - zauważył, a ja machnęłam ręką.
-Kij mnie to obchodzi, więc idziemy dalej. - odparłam łapiąc go za zabandażowaną dłoń.
-Nie. Wda się zakażenie i zdechniesz. - burknął, a ja spojrzałam na niego zaskoczona. Ten wziął spirytus i polał mi ranę. W porównaniu do moich przeżyć i ogólnego doświadczenia ten ból to nic specjalnego. Zakleił mi bliznę plastrem. Wyglądamy tak mugolsko... Pocałowałam go lekko w policzek i ruszyłam ku Raxierowi.
-Wracamy do Hogwartu. Nie wiem gdzie go trzymają. - zadecydowałam i zaczęłam wdrapywać się na smoka. Powoli zaczęło świtać. Tym razem Fred siedział z przodu. Splotłam palce na jego brzuchu, a głowę oparłam o jego plecy. - Potrzebuję cię. - szepnęłam zanim zamknęłam oczy.
-Ja cię również. - odparł Weasley z uśmiechem. - Hogesmeade. - powiedział klepiąc smoka po grzbiecie. Rax poderwał się do góry i zaczął lecieć ku Hogwartowi. Lecieliśmy w kompletnej ciszy. Tylko wiatr świszczał nam w uszach. Mam nadzieję, że temu zjebowi nic nie jest. Ale w sumie tleniony jest silny i dużo wytrzyma. Zaczęliśmy zwalniać i chwilę potem wylądowaliśmy na ziemi. Poklepałam smoka po grzbiecie.
-Dzięki. - szepnęłam i ruszyłam do zamku. Fred wlókł się za mną powoli. Wylądowaliśmy w pokoju wspólnym Gryffonów. Rudy usiadł na fotelu, a ja na jego kolanach.
-Jutro też jest dzień. Poszukamy Ślizgona. - zapewnił mnie Weasley. Pokiwałam sennie głową i zasnęłam. Obudził mnie głuchy dźwięk dzwonu na zajęcia. Spałam na fotelu przy kominku, z którego sączył się siwy dym. Jaką to ja mam dziś pierwszą lekcję? Eliksiry. Trza wstać i zjeść śnuadanie. Jak pomyślałam tak i zrobiłam. Spojrzałam na świeży i nie zakrwawiony sweter z F na piersi. Przeczesałam dłonią włosy i skierowałam swe kroki ku Wielkiej Sali. Przy stole profesorów siedział Hagrid, więc usiadłam spokojnie przy moim i zaczęłam konsumować śniadanie. Po chwili ktoś się do mnie dosiadł. Spojrzałam na tajemniczego osobnika.
-Widzę, że jesz śniadanie. - powiedział ciemnowłosy.
-Odczep się. - ofuknęłam go i zrzuciłam widelec ze stołu.
_________________________________________________________
Jest i nowy rozdział. Późno, bo zakończenie roku, wakacje od razu po nim... Jestem jeszcze na Chorwacji, więc pozdrowienia. Mam nadzieję, że rozdział nie najgorszy. :*

poniedziałek, 24 czerwca 2013

53. "Teraz śpij morderco."

Spojrzałam na Severusa.
-Kto cię tu wpuścił ? - spytałam zaskoczona i usiadłam z bólem w żebrach.
-Nie ruszaj się. - ostrzegł mnie Snape. Usłuchałam go. - Twój brat mnie wpuścił. Słyszałem o śmierci Niny i Romulusa. - dodał smętnie.
-Severusie, ja wiem, że to straszne stracić podopieczną, ale musimy się dowiedzieć dlaczego została zabita. W sumie to ona zabiła mojego ojca. - powiedziałam cicho. Sev westchnął głęboko. Do pokoju wszedł Fred.
-Dzień dobry panie profesorze. - mruknął zaskoczony jego marną egzystencją aktualnie zalegającą przy moim łóżku.
-Witaj. - odparł oschle Severus, po czym wstał. - Do widzenia Carmen. - dodał z delikatnym uśmiechem, a ja kiwnęłam głową z wdzięcznością.
-Do zobaczenia Severusie. - odparłam z bladym wyszczerzem na twarzy. Ten znikł za moimi drzwiami, a ja momentalnie spostrzegłam zdziwioną minę Freda.
-Dlaczego on tu był? - ryknął oślepiony zaskoczeniem.
-Nina to jego wychowanka. - burknęłam sfrustrowana. Ten zacisnął dłonie w pięści.
-Ale to nie jest powód, by nauczyciel siedział nad śpiącą tobą. - warknął wyraźnie rozjuszony. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Jego dłoń powędrowała do góry i po chwili trzasnęła mocno mój policzek. Zacisnęłam powieki. - Bo-Boże. J-Ja... Ja przepraszam. - jęknął.
-Wyjdź. - szepnęłam stanowczo.
-Car... Carmen. Proszę... - wybełkotał błagalnie. Spojrzałam mu w oczy morderczo.
-Wyjdź do cholery. - ryknęłam na niego. Ten jednak siedział tam dalej przepraszając mnie ostro. Wyciągnęłam ku niemu ręce. Jego usta się zamknęły.
-Jednaa... - urwał, bo moje dłonie zacisnęły się na jego gardle. Ostatnie co widziałam to strach w oczach Freda i jego przerażajacy krzyk. Potem ciemność. Tylko ciemność. Poruszyłam ręką. Nie było mi jednak dane się nawet podrapać. Otworzyłam oczy i ujrzałam Bachusa śpiącego na krześle. W sumie ujrzałam tylko jego zarys, bo było późno.
-Bach... - mruknęłam sprawdzając czy śpi. Jego powieki delikatnie się podniosły.
-Skarbie?! - spytał ziewając. - Jak się czujesz? - dodał zaspany.
-Lepiej. Co się stało? - wymamrotałam patrząc na związane niewidzialnymi pętami kończyny.
-Prawie udusiłaś swojego chłopaka. - odparł słodkim tonem i usiadł obok mnie. Jego dłoń zaczęła mnie głaskać po głowie. - Mogę cię puścić? - spytał, a ja przytaknęłam. Bach z wachaniem uwolnił mnie z pęt krępujących ciało. Położyłam głowę na jego kolanach.
-Gdzie Fred? - wybełkotałam.
-W Hogwarcie. Przespałaś 4 dni. - odparł kładąc się obok mnie. Wytrzeszczyłam na niego oczy.
-Jutro mnie tam zawieziecie? - spytałam błagalnie, a on przytaknął głową.
-Teraz śpij morderco. - zaśmiał się. Nie było widać po nim, że stracił bliźniaka. Może ukrywał to za maską totalnego : mam wyjebane?! Kto to wie!? Położyłam głowę na jego ramieniu i zasnęłam wtulona w brata.Obudziło mnie szturchanie w żebra.
-Czego ? - jęknęłam przewracając się na drugą stronę.
-Masz gościa. - odparł sennie Syriusz. Otworzyłam jedno oko i ujrzałam Scottiego. Łapa trzasnął drzwiami.
-Przytachałem się tu specjalnie dla ciebie, więc daję ci 20 minut na ogarnięcie się i ruszamy. - mruknął ściągając ze mnie kołdrę.
-No chyba cię pojebało. - jęknęłam wyrywając mu kołdrę i otulając się nią szczelnie.
-No chyba nie. - odparł zirytowany i o chwili byłam cała mokra. Wstałam jak oparzona i spojrzałam na niego morderczym wzrokiem. - O patrz... Jak szybko wstałaś. - zaśmiał się głupio i rzucił kołdrę w kąt pokoju. Ruszyłam do łazienki klnąc pod nosem niczym szewc. Szybko się wysuszyłam i doprowadziłam do względnego porządku.Wyszłam z pomieszczenia i ujrzałam Farro grzebiącego mi po szafkach.
-Tak... Miło wiedzieć, ze patrzysz na moje zdjęcia. - burknęłam i odebrałam mu plik śliskiego papieru z nadrukowanymi obrazkami.
-Ojj. przestań. One są z dzieciństwa. - zaśmiał się i klapnął na moim łóżku.
-Co z Fredem ? - spytałam otwierając szafę.
-Yhh... No wiesz... Nie za dobrze. Zamknął się w sobie. - szepnął Scott, a ja wytrzeszczyłam na niego oczy.
-Czy ty mówisz o tym samy chłopaku ? O rudym, kochanym i potrafiącym żartować Fredzie Weasleyu ? - spytałam zaskoczona tą odpowiedzią. Po chwili zrozumiałam, że to wszystko moja wina. Znowu go skrzywdziłam. Tym razem w bardziej namacalny sposób. To jednak trochę dziwne, ze chciałam go... No nie czarujmy się... UDUSIĆ! Taa... Spojrzałam na Scotta, który zaczął ostro gestykulować i rzucać się, bym zeszła na ziemię.
-Carmen... Nosz do wielkiego chuja pana. Coraz częściej się tak zawieszasz i to nie jest, ani przyjemne, ani pożyteczne. - warknął, a ja spuściłam wzrok na trampki.
-Wybacz. - szepnęłam i po chwili uniosłam głowę. - Jak dostaniemy się do Hogwartu ? - spytałam w przypływie inteligencji.
-Sieć Fiuu dochodzi nawet do Gospody Aberfortha Dumbledore'a. Tam się teleportujemy, a stamtąd do Hogwartu to już tylko rzut mokrym beretem, więc sobie poradzimy. - odparł wzruszając ramionami jakby mówił o Nutelli, a nie o powrocie do szkoły po 4 dniach nieobecności. Ja tylko kiwnęłam głową na znak zgody i wstałam. Ruszyłam na dół, by zjeść śniadanie. Zaczęłam się śmiać.
-O kurde. - jęknęłam łapiąc się za brzuch. Postać w warkoczu francuskim odwróciła się do mnie z uśmiechem na twarzy wypełnionej jajecznicą.
-Wiaj sosto. - zaśmiał się z pełną gębą tamten, a z jego ust wyleciało jajko.
-Gustowny... Fartuszek. - mruknął Scott z uśmiechem patrząc na skrzętnie wyprasowany i skrupulatnie zawiązany na biodrach różowy fartuch Syriusza. Łapa się ukłonił i wrócił do pichcenia. Ten dzień zapowiadał się całkiem spokojnie. To mnie pocieszało. Zjadłam jajecznicę i spojrzałam na Proroka. Znowu jakieś morderstwa, niewyjaśnione zniknięcia i brutalne gwałty. Na tym świecie jest tyle zła, że przestałam na to reagować. Ważne jest dla mnie to co robię i to co robią inni w moim otoczeniu. Ohh. Muszę wymyślić plan przeproszenia Freda. Spojrzałam na schodzących się braci. Cholera, kto ich uczył robić warkocze ?! Wiem, wiem. Dziwnie to brzmi. Francuz i mężczyzna to cholernie niespotykane połączenie. A jednak Bach i Syriusz z powodu swoich długich włosów, co według mnie przypomina trochę mugolskiego metala, mają na głowach skrzętnie zrobione warkocze... Chryste... Czym ja się zajmuje ?! Spojrzałam na Scotta, który kończył jedzenie.
-Do zobaczenia. - powiedziałam wstając. Bach przytulił mnie mocno, ale na jego policzkach ujrzałam wyżłobione kreski po łzach.
-Trzymaj się maleńka. - odparł Bach. Jego głos się załamał i ze spuszczoną głową ruszył na górę. Westchnęłam ciężko i spojrzałam na Syriusza, którego usta układały się w blady uśmiech. Przytuliłam go i podeszłam do kominka.
-Gotowy ? - spytałam patrząc na Scotta. Ten tylko przytaknął. Sypnęłam proszkiem i weszłam w płomienie. Poczułam mały dyskomfort i po chwili stałam w Gospodzie pod Świńskim Łbem. - Daj mi się tylko napić i idziemy. - powiedziałam i ruszyłam w kierunku baru.
-Nie, nie wolno ci. - warknął Scott  złapał mnie za ramię.
-Ale... Scottie. Kochanie... Proooooszę. - dukałam siląc się na jak najbardziej przychylny ton. Ten przerzucił mnie sobie przez ramię i ruszył ku wyjściu.
-Nie za mojego życia. - mruknął zniesmaczony i wyszedł szybko. Zaczęłam się rzucać... Gryźć, kopać i krzyczeć, by mnie puścił. Jednak jego ręce były o wiele silniejsze niż moje rozpaczliwe prośby o uwolnienie mnie i wyklinanie go na wszystkie możliwe mi sposoby. Ludzie patrzyli na nas... A w sumie na mnie jak na idiotkę.
-Puść mnie. - jęknęłam wreszcie uspokajając się. Jego palce wyszły z zagłębień w moich żebrach i postawiły mnie na ziemi tuż przed drzwiami Hogwartu.
-Następnym razem bądź bardziej roztropna i nie pij. - odparł z uśmiechem i wskazał mi dłonią drzwi szkoły. Kiwnęłam głową i ruszyłam po schodach.
-Dzięki. - powiedziałam, gdy ruszyliśmy ku Wielkiej Sali. Jeszcze trwało śniadanie, ale ja głodna nie byłam. Weszłam wraz z zielonookim do środka, a wszystkie ślepia wgapiły się we mnie. Zaczęły się szepty, a ja z głową dumnie uniesioną usiadłam na miejscu obok Freda, którego akurat dzisiaj nie było. Spojrzałam na pusty talerz i zaczęłam się zastanawiać po co jestem Ja ?! Skrzywdziłam Freda już kolejny raz. Nie zapowiada się na szybkie wybaczenie. W moich uszach rozległo się głuche echo dzwona na lekcję. Ruszyłam ku lochom na eliksiry. Cały czas ludzie patrzyli na mnie jakbym była co najmniej Myronem Wagtailem. Usiadłam na ziemi przed klasą do lochów i walnąłem głową o ścianę. Obok mnie usiadła Tatia.
-Cześć. - powiedziała z uśmiechem, a ja kiwnęłam głową z namiastką uśmiechu. - Scott mówił mi o tym co zrobiłaś Weasleyowi. - dodała siadając obok mnie.
-Głupi idiota. Musiał to komuś powiedzieć. - wycedziłam przez zęby, a Puchonka zaczęła ze mnie ryć.- Co ?! - spytałam ogłupiała zaistniałą sytuacją.
-Widzę, że jest tak jakby z nieba leciała zupa, a ty miałabyś tylko łyżkę. - odparła rozumnie.
-Raczej widelec, ale dzięki. - powiedziałam z uśmiechem i wstałam pokrzepiona słowami Salvador.
*po lekcjach*
Ruszyłam w stronę Pokoju Wspólnego. Tak wszystko sobie przemyślałam na eliksirach. Severus o coś mnie pytał, ale potem widząc moją dezorientację przestawał i pytał kogoś innego. Obraz usunął mi się z przejścia. I dobrze. Przy kominku siedział Fred. Wpatrywał się w iskierki buchające na wszystkie strony. Usiadłam obok niego i dotknęłam jego dłoni. On mocno się wzdrygnął i spojrzał mi w oczy.
-Freddie... Ja... Ja cię przepraszam. - szepnęłam patrząc mu w wytrzeszczające się na mnie gałce. 
-Ty... Ty chciałaś mnie zabić. - wybełkotał.
-A ty mnie uderzyłeś, jak już mamy sobie wszystko wypominać. - odparłam siląc się na naturalny ton głosu. 
-Dobrze... Dobrze to pamiętam. - wymamrotał.
-To było 4 dni temu. - przypomniałam delikatnie sfrustrowana. - Wybaczysz mi ? - spytałam miękkim głosem, a ten kiwnął głową z lekkim uśmiechem. 
-Oczywiście. - odparł przyciągając mnie do siebie. 
-Dzięki. - szepnęłam i wtuliłam się w niego.
~No to teraz przemyślenia uciśnionego... Znaczy się nie jego samego, a jego siostry. *perspektywa Niny*~
Przeleciałam się znowu z wielkim wrzaskiem po pokoju. Pierwszy raz widziałam, że Tom może się tak kajać po podłodze i błagać o litość. Ale oczywiście nikomu się nie przyzna. Wie o tym tylko Dianna i Yaxley, ta cholerna szumowina.
-Masz dość ? - spytałam wyraźnie usatysfakcjonowana widokiem Voldemorta leżącego mi u stó... Nie wróć, ja nie posiadam stóp... No to u tego u dołu. Wyglądał jak mała wystraszona dziewczynka, której zabrano lalkę i lizaka. Czy to nie jest ironia losu. Jeszcze kilka dni temu sam mnie zabił, a teraz bardzo żałuje swojej decyzji. W sumie mu się nie dziwię, ja też bym ze sobą nie wytrzymała.
-T-Tak. - jęknął cichutko i zwinął się w kulkę. Zaśmiałam się i ruszyłam do swojego pokoju. Tak. Teraz pamiętam co kiedyś widziałam. Miałam się uczyć niewybaczalnych, ale Tom zawołał Diannę. To było co najmniej obleśnie. Przecież ona dotykała jego ust swoimi. Rozumiem jakby to robiła Bellatriks i jej mąż Rudolf, ale mój brat ?! Świat schodzi na pancerniki. Znowu "zeszłam" na dół.
-On jest powoli unicestwiany. - wyszeptał Greyback do mojego brata, który dość szybko się pozbierał. I wtedy usłyszałam imię uciśnionego. Serce we mnie zamarło.
-Bardzo dobrze. - wysyczał Voldemort.
_________________________________________________________
Kurde. Przepraszam, ze tak długo nie dodawałam. Nie mam ani motywacji, ani pomysłów. Poza tym dzięki za TAK DUŻO WYŚWIETLEŃ. Jesteście boscy. :** Rozdział dedykuję Lily Love. :3 

czwartek, 13 czerwca 2013

52. "Drobiazgi, które niszczą."

Otworzyłam jedno oko i ujrzałam Freda wraz z Georgem.
-Spierdzielać. ŚPIĘ. – burknęłam i nakryłam się kołdrą po same uszy. Dziugnęłam Rose w żebra.
-Czego ? – spytała nawet nie otwierając oczu.
-Przyszli. – wyjęczałam, a ta spojrzała na rudzielców.
-Co wy tak wcześnie ? – spytała zaskoczona. Oni zaczęli się śmiać.
-Kochanie. Jest 14. – odparł starszy rudzielec z wielkim uśmiechem.
-To mówi, że wcześnie. - zaśmiałam się. Ci zaczęli z nas ryć. Usiadłam powoli i zwiesiłam nogi na podłogę. Ziewnęłam i się przeciągnęłam. Spojrzałam na nich sennie. - Nienawidzę was. - mruknęłam i wstałam.
-Urocza... Piżamka. - powiedział poważnie Fred i zaczął się śmiać. Spojrzałam w dół i ujrzałam koszulkę z wielką plamą z oczkami. Taa... Durni mugole, zawsze ośmieszają tymi głupimi koszulkami.
-Spierdzielaj. - mruknęłam i otworzyłam torbę. Wytachałam jakieś spodnie i ciemną koszulkę. - Macie Ognistą ? - spytałam patrząc na rudzielców badawczo.
-Mam się śmiać teraz czy potem ?! - spytał oburzony George.
-Ile ? - mruknęłam sceptycznie i zmrużyłam powieki.
-Pięć butelek. - odparł beztrosko, a ja pokiwałam głową i weszłam do środka. Umyłam się szybko i nałożyłam przygotowane rzeczy. Wyszłam z kokiem na głowie. Usiadłam na kolanach Freda.
-Molly się zgodziła ? - spytałam zdziwiona, a on przytaknął.
-To będzie najlepszy Sylwester w życiu. - powiedział George leżąc obok Rose.
*kilka godzin później* 
Spojrzałam w lustro. Ujrzałam dwie dziewczyny. Jedna z nich ubrana była w czerwone spodnie i czarną koszulkę z czymś błyszczącym na środku. Ciemne blond włosy opadały jej po ramionach. Po chwili wzrok przeniosłam na drugą dziewczynę. Ta była ubrana w niebieskie spodnie i jasną koszulkę. Jej włosy związane były w luźnego warkocza.
-Szybciej. - jęknął rudy chłopak siedzący na łóżku.
-Fred, zamknij się. - burknęłam do niego i uśmiechnęłam się do Rose. Podeszłam do rudzielca.
-Idziemy ? - spytał radośnie George.
-To chodź. - mruknęła Rose i wyszła z pokoju. Plan na Sylwestra ?! Wielka imprez z dużą ilością ludzi z Hogwartu. Szybko się tam teleportowaliśmy. Od progu czuć było, iż zabawa się rozpoczęła. Ale cóż ja mogę począć... Czekaj, czekaj. Zatrzymałam się w progu i ujrzałam stolik z Ognistą. Uśmiechnęłam się lekko i ruszyłam ku "barkowi". Wyciągnęłam szklaneczkę i odkręciłam korek. Już chciałam nalać, ale czyjaś dłoń mi przeszkodziła.
-Damom nie wolno polewać. - powiedział Fred z uśmiechem.
-Nie upodabniaj się do Croucha... Proszę. - jęknęłam patrząc mu w oczy.
-Dobrze. - odparł skruszony i kiwnął głową. Uśmiechnęłam się i polałam sobie Ognistej. Przy okazji wcisnęłam Weasleyowi szklaneczkę z bursztynowym płynem. Powoli się staczam. Od czasu śmierci Romulusa zaczęłam regularnie pić. Wiem, że to nieszkodliwe, ale moje porcje są coraz większe. Powoli jest coraz gorzej. Już rano miałam delikatne zawroty głowy, ale nikt nie zauważył. Nawet sama sobie nie chciałam tego przyznać. Ognista to zawsze był mój konik... Zawsze ją kochałam. Ale ona powoli mnie rozkojarza. To są drobiazgi. Drobiazgi, które niszczą. Spojrzałam z uśmiechem na Freda. Jego oczy delikatnie błyszczały. Potarłam dłonią czoło i odstawiłam szklaneczkę.Usiadłam na ziemi i ujęłam w dłoń kawałek ciasta leżącego na talerzu. Ugryzłam, a czekolada rozpłynęła mi się w ustach. Czy to nie jest dziwne, że tylko ja nie tańczę ? Nie... Znaczy się mam nadzieję. Fred nie wygląda na zawiedzionego. Po chwili usiadł obok mnie.
-Pomóż mi. - wyszeptałam opierając głowę o jego ramię.
-To przestań pić. - odparł nie owijając w bawełnę. Spojrzałam mu w oczy i postukałam się czarnym paznokciem w czoło. - Carmen... Powoli stajesz się jak Bachus. - dodał, a ja uniosłam brwi badawczo do góry.
-W jakim sensie ? - spytałam oburzona. - Nie chodzę w ciężkich butach, nie mam długich czarnych włosów zza których często nic nie widzi. Nie jestem mugolskim metalem. - burknęłam, a on objął mnie lekko.
-Nie o to mi chodziło. Tylko o to, że staczasz się jak on. Powoli cię to niszczy. Jesteś jak marionetka, która żyje po to by wstać, napić się i pójść spać. Nie rozumiesz ? - wyjaśnił spokojnie. Spuściłam głowę w dół.
-W-wiem. - szepnęłam.
-Będzie dobrze. - zapewnił uśmiechnięty Fred.
-Ognista przypomina mi o braciach i pomaga zapomnieć o bólu. - odparłam cicho. Jego dłoń pogłaskała mnie po plecach.
-Od tego to jestem ja, a nie Whisky. - oburzył się. Zaczęłam się śmiać. Pocałowałam go lekko.
-Dziękuję. - szepnęłam i wstałam. Jego dłoń szybko wylądowała na mojej talii. - Zaczniemy od jutra ? - spytała patrząc tęsknie na bursztynowy płyn. Ten przytaknął głową, a ja upiłam kilka łyków napoju. Poczułam się o wiele lepiej.
-Zatańczysz ? - spytał Fred szarmancko zamiatając nogą odzianą w czerwone trampki po podłodze. Ja dygnęłam i weszłam z nim na parkiet. Zaczęła się piosenka. Wtuliłam się w Freda. Otworzyłam szeroko oczy i zaczęłam mamrotać słowa... Nieskładne słowa...
-Śmierć... Pożałujesz... Zginął... Oni... - wybełkotałam. Moje oczy mocno się zacisnęły. Poczułam ból. Ból w skroniach. Upadłam na ziemię. Przez głowę przewijało mi się mnóstwo obrazów. Od śmierci niewinnych osób, aż po samego Voldemorta. O kuźna... Widziałam jego śmierć. Po chwili wszystko się zamazało. Ujrzałam światełko. Pobiegłam ku niemu. Zbliżałam się do pokoju.
-Nina. - ryknął Riddle. Ta jakby nigdy nic latała sobie po pokoju jako niezmaterializowana postać.
-Zabiję cię. Avada Kedavra. - wrzasnęła chorobliwie piskliwym głosem. Ten aż zatkał uszy. Duch zaczął się śmiać. - Żartowałam. - dodała normalnym głosem.
-Co ty tu jeszcze robisz ? - krzyknął wkurwiony Voldemort.
-Zabiłeś mnie. Teraz zobaczysz co to znaczy ból. - odparła niskim głosem. Voldemort upadł ściskając czaskę z całej siły. Mój ból ustał całkowicie. Łypnęłam na to wszystko. Severus... Severus musi się dowiedzieć o jej śmierci. W końcu była jego podopieczną.
-Twój okrutny styl. Twoja krew, niczym lód. Jedno spojrzenie mogłoby zabić. Mój ból, twoja rozkosz... - usłyszałam szept Voldemorta. Ta zaczęła się śmiać.
-A żebyś wiedział. - mruknęła tajemniczo i rozmyła się w niebycie. Otworzyłam oczy. Byłam niesiona. Nie wiem kto mnie niósł, bo obraz był rozmyty.
-F-Fred ?! - spytałam cieniutkim głosikiem.
-Nie. - odparł mi głęboki głos. On był mi znany.
-K-Kim jesteś ? - spytałam nie mogąc przypomnieć skąd go znam.
-Alastor skarbie. - powiedział cicho. Nie miałam pytań. On mnie nie skrzywdzi. Wtuliłam się w mojego strażnika. Jego dłonie mocno mnie trzymały. - Teraz niosę cię ku komuś kto wie co zrobić. - dodał półgłosem.
-Czyli kto ? - wymruczałam zdziwiona w jego starą koszulę. Ten nic nie odpowiedział. Zachowywał się jakby nie było tego pytania. Nie wiem co o nim sądzić. Czasami mi pomaga, a czasem jest... Taki jak teraz. - To przynajmniej powiedz, jak się tu dostałam. - zażądałam, a ten zatrzymał się.
-Zemdlałaś na zabawie. Zmaterializowałem się i cię zabrałem. Zgłosiłem się do zatachania cię do Świętego Munga. Ten twój rudy strasznie się rzucał, żebym cię zostawił i takie tam. Jak ty go możesz kochać. - prychnął, a ja spojrzałam na niego wnerwiona.
-Nie masz prawa go obrażać. - warknęłam i zdzieliłam go w twarz. Ten tylko się zaśmiał i ruszył dalej. W ogóle się tym nie przejmował.
-Jak ci się powodzi ? - spytał z uśmiechem.
-Powinieneś wiedzieć. - burknęłam.
-Wolę to usłyszeć z twoich ust. - zaśmiał się.
-Jest do dupy. Właśnie straciłam kolejnego brata. - warknęłam niby beznamiętnie. Nie lubię gadać o sobie. Zapadła cisza. Wreszcie doszliśmy do wyznaczonego celu. Alastor postawił mnie na ziemi. Od razu rozprostowałam kości. Czyjeś dłonie objęły moje gardło mocno.
-Jesteś taka naiwna. - usłyszałam kpiący głos strażnika. Po chwili jego dłonie zaczęły się deformować. Na palcach wyrosła gęsta szczecina, a paznokcie zamieniły się w długie pazury. - Witaj kochanie. - zaśmiał się Greyback. Zaczęłam się wyrywać, ale jego dłonie coraz mocniej się zaciskały na mojej szyi. Z cienia wyszedł mężczyzna w kapturze.
-Jak miło, że raczyłaś się pojawić. - zakpił głos spod kaptura.
-Yaxley, kurw... - urwałam, bo Greyback poddusił mnie.
-Jak mnie poznałaś ? - spytał Yax próbując ukryć zdziwienie. Ja przestałam się szamotać. To nic nie daje, a bardzo boli. Spojrzałam mu w oczy. Usta ułożone w kpiący uśmiech, aż zachęcały do ucięcia. W jego dłoni spoczywał nóż. Podszedł do mnie.
-Zabawmy się. - zaśmiał się Greyback rzucając mną o ziemię. W moich żebrach coś gruchnęło. Spojrzałam na nich zaskoczona. Chyba żebro zaczęło mi się wbijać w lewe płuco. Zaczęłam mocno wciągać powietrze. Nóż Yaxleya zaświecił mi przed oczami. Jego dłoń szybko przejechała mi po ramieniu tworząc wielką krwawiącą wyrwę. Cholera, nie dość, że mnie zabierają z imprezy sylwestrowej, która miała być lepiej niż zajebista, to jeszcze mnie ranią ?! O nie, kurwa. My się tak nie będziemy bawić. Moja dłoń powoli dążyłą do mojej wewnętrznej kieszeni w swetrze.
-Co z nią teraz zrobić ? - spytał Yaxley patrząc na Greybacka. Ależ oni są idiotami. Wyciągnęłam powoli różdżkę. Spojrzałam na obu.
-Drętwota. - ryknęłam w stronę Greybacka. Yaxley spojrzał na mnie zdziwiony.
-Ty gnido. - warknął i uderzył mnie w twarz.
-Crucio. - burknęłam celując w niego różdżką. Jego ciało upadło na ziemię. Zaczął się wić pod wpływem bólu. Jak ja nienawidzę go. Jakimś cudem pod dźwignęłam się z leżnia i nadal celowałam różdżką w Yaxleya. Patrzyłam z uśmiechem na jego ból.
-Przestań. - jęknął, a ja usłuchałam go. Jego oczy ledwie trzymały się w oczodołach.
-Ferula. Episkey. Enerwate. - mruknęłam wskazując na siebie różdżką. Po chwili stałam o własnych nogach i łypałam na niego oczami.
-T-To ja... Zabiłem... Zabiłem Romulusa. - wybełkotał, a kpiący uśmiech nadal tkwił na jego ustach. Kopnęłam go z całej siły w klatkę piersiową. Usłyszałam chrzęst kości.
-Ty... Ty... - wrzasnęłam. - Morderco. - skończyłam i jeszcze raz go kopnęłam... Tak na wszelki wypadek. Powoli utykając ruszyłam do wyjścia. Zebrałam w sobie całą siłę i pomyślałam o swoim pokoju. Poczułam bolesne szarpnięcie i po chwili pojawiłam się w moim błękitnym królestwie. Dokuśtykałam do łóżka i ułożyłam się na nim szybko. A przynajmniej tak szybko na ile pozwalała mi rozwalona klatka piersiowa. Położyłam się na łóżku i zasnęłam. Śnił mi się kpiący uśmiech Yaxleya... Cholerna kanalia.
-Jesteś przeklęta. Nikt ci nie pomoże. Zginiesz. - krzyczał w moim śnie, a ja za każdym razem szłam dalej. Widziałam wielu Yaxleyów na raz. Porządnie schizuję. Obudziło mnie ciepło czyjejś dłoni na mojej. Otworzyłam jedno oko i ujrzałam najmniej prawdopodobną osobę, zaraz po Lordzie Voldemorcie, którą mogłabym tu zobaczyć.
-C-co ty tu robisz ? - wybełkotałam, a on spojrzał na mnie radośnie.
-Słyszałem o tym wszystkim. - odparł tajemniczo.
_________________________________________________________
No i jestem z nowym rozdziałem. :3 Mam nadzieję, że się spodoba, bo nie miałam zielonego pojęcia jak go poprowadzić. Końcówkę zmieniałam w sumie z 5 razy. Za każdym razem było za mało tekstu. Ehh. -.- Poza tym dziękuję za 12 tysięcy wyświetleń. No i przepraszam, że tak długo nie dodawałam rozdziału. Cholerna szkoła. Wiele książek i inne czynniki na to wpłynęły. Spróbuję następny dodać szybciej.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

51. „Szczęśliwe chwile już nie powrócą…”


~Wróćmy do Blacków. *perspektywa Carmen*~
Usiadłam obok Scarlett.
-Jaka jest ta Tatia ? – spytała rozglądając się czy Scott patrzy.
-Jest miła, a synkowi na niej zależy. – odparłam beznamiętnie. Scar zaczęła się śmiać. – Ale to prawda. Pamiętam jak prosił mnie o pomoc. – dodałam słodko.
-Carmen. Dzięki. – mruknęła i wstała. Ruszyła do Syriusza, a do mnie podszedł Scott. Przytuliłam go lekko.
-Jak tam ? – spytał z uśmiechem.
-Dobrze. – odparłam, a Rudolf zaczął się z nas śmiać. Spojrzałam na niego nie ogarniając z czego ryje.
-Spójrz w górę. – mruknął, a ja zrobiłam to i ujrzałam jemiołę. Odwróciłam wzrok na zburaczałego Farro. Dotknęłam ustami jego policzka. Roślina nie urosła, a nawet znacznie zmalała. Bracia zaczęli się z nas nabijać. Obrzuciłam ich morderczym wzrokiem. Spojrzałam Farro w oczy. Wyrażały głęboki ból i przeprosiny. Jego usta dotknęły moich. Szybko się odsunęłam, a roślinka urosła.
-Przepraszam. – wyszeptał. Ruddie turlał się po podłodze ze śmiechu. Bach i Rom rzucali się w przedpokoju. Syriusz rył jak idiota. Tylko Scarlett stała zmartwiona. Porter uśmiechał się szeroko.
-Ja… Zaraz wracam. – szepnęłam i ruszyłam szybko do swojego pokoju. Zamknęłam drzwi i włączyłam głośną, mugolską muzykę. Zatopiłam twarz w poduszce. Ktoś zapukał, a ja zwinęłam się w kulkę.
-Skarbie, nie płacz. – wymruczał Scott. Spojrzałam na niego. – Ohh. Czyli nie płaczesz. – dodał z bladym uśmiechem.
-Nie. – mruknęłam.
-Czemu tak zareagowałaś ? Jestem aż taki zły ? – spytał kładąc dłoń na moim kolanie.
-Powróciły wszystkie uczucia, które do ciebie żywiłam. – odparłam z lekkim uśmiechem.
-Ile mogło być uczuć przez zaledwie 3 dni ? – spytał zdziwiony.
-Nie wiem, ale chyba sporo. Poza tym po naszych kłótniach, które odbywały się regularnie, nadal cię kochałam. Ale tutaj jako przyjaciela. – wyjaśniłam. Ten objął mnie ramieniem. – Kochasz Tatię ? – spytałam.
-I to bardzo. – odparł rozmarzonym tonem.
~Dawno nie pisałam o tlenionym. *perspektywa Draco*~
Rozglądnąłem się wokół i napotkałem wzrok ojca.
-Dlaczego nie jesz ? – spytał beznamiętnie.
-Nie jestem głodny. – odparłem i wstałem. Ruszyłem do swojego pokoju. Walnąłem się szybko na swoim łóżku i zamknąłem oczy. Jak ja bym chciał teraz być w Hogwarcie. Otworzyłem oczy i ujrzałem szarawą mgłę.
-Cześć. – powiedziało radośnie zjawisko.
-Cz-czym jesteś ? – wymamrotałem przerażony.
-Własnej dziewczyny nie poznaje. – mruknęła oburzona. Teraz ogarnąłem, że to Nina lata mi na środku pokoju.
-Co ci się stało ? – spytałem zdziwiony.
-Brat mnie zabił. – odparła pogodnie.
-Bo grunt to dobre nastawienie. – mruknąłem. Riddle zaczęła się śmiać.
-Jak tam życie skarbie ? – spytał duch z uśmiechem.
-Dobrze kochanie. Dlaczego jesteś na ziemi ? – mruknąłem.
 -Dali mi dzień, by się pożegnać, a potem mam nawiedzać Voldemorta. – odparła z uśmiechem. Zacząłem się śmiać.
-Kocham cię skarbie. – powiedziałem z delikatnym uśmiechem. Nina spojrzała na mnie z bólem w oczach.
-Do zobaczenia po drugiej stronie. – wyszeptała i znikła. Walnąłem się w łeb i przyłożyłem twarz do poduszki. Głośno krzyknąłem. Nie wiem ile to trwało, ale pomogło. Spojrzałem na zdjęcie na biurku. Szczęśliwe chwile już nie powrócą… Ona już nie powróci. To jest bez sensu. No, ale tak serio, jak można zabić własną rodzoną siostrę. Była wkurzająca, ale kochana. Zamknąłem oczy i zasnąłem szybko.
~Powróćmy do Black. *perspektywa Carmen*~
Otworzyłam szeroko oczy. W sumie to właśnie obudziłam się słysząc krzyk. Ruszyłam po omacku w stronę głosu.
-Gdzie jesteś ? – spytałam zmartwiona.
-Carmi. – wyjęczał głosik z jakiegoś pomieszczenia. Poszłam tam.
-Romulus ? – spytałam, a on przytaknął delikatnie. Weszłam do jakiegoś pomieszczenia. Rom leżał na ziemi. Dłonie były poprzebijane szkłem. Nogi leżały obok niego pokiereszowane. Głowa została skrzętnie ogolona, a ciuchy podarte. Upadłam obok niego.
-Pomóż. – wymamrotał cichutko. Spojrzałam w jego prawie białe oczy.
-Co ci się stało ? – spytałam przerażona.
-Oni… - wybełkotał i umarł. Z moich oczu potoczyły się dwie stróżki łez. Nie mogłam nic powiedzieć. To było za trudne. Dotknęłam jego policzka. Ten widok powinien mnie odrażać… Ale nie było tak. Za dużo widziałam, by to mnie obrzydziło. To po prostu było straszne. Jak ktoś mógł dopuścić się takiej zbrodni ?! Aż dziw bierze, że ktoś się srał, żeby go… poćwiartować. Wiem jak to brzmi. Wstałam z miejsca zbrodni i ruszyłam do pokoju Bachusa. Mam nadzieję, że nie zrobi nic głupiego. Otworzyłam drzwi i otarłam łzy.
-Bach. – wyszeptałam mu na ucho. On otworzył oczy i szybko je przetarł.
-Czego chcesz ? – spytał zaspany.
-Rom… - wymamrotałam i zaczęłam ryczeć. Wstałam i ujęłam jego dłoń. Zaczęłam go targać ku pokojowi.
-Black, kurwa. Ogarniii… - urwał, bo spojrzał na zmasakrowane ciało Romulusa. – J-Jak… - wyszeptał i przytulił mocno szczątki bliźniaka.
*kilka godzin później*
Zapanował nastrój iście pogrzebowy. Zaraz mamy chować kolejnego brata. To już jest kpina. Najpierw zabili Regulusa, teraz poćwiartowali Romulusa… Jak tak dalej pójdzie to powybijają nas do końca. Bachus ryczał przez ostatnie godziny.
-Carmen. Zabierz go na górę i pomóż mu się przebrać. – powiedział smutnym tonem Syriusz. Pokiwałam głową i ujęłam dłoń Bachusa. Zaczęłam go targać na górę. Jego twarz była wtulona w moje włosy. Weszliśmy do jego pokoju.
-Ściągaj koszulkę. – zażądałam, a on zrobił to o co prosiłam. Wyciągnęłam wyprasowaną koszulę i założyłam mu powoli i z rozwagą. – Tylko jej nie zasmarkaj. – mruknęłam błagalnie. Zapięłam mu guziki od koszuli i rzuciłam w niego garniturem. Szybko założył marynarkę i zaczął ściągać spodnie. Weszłam do łazienki i przytachałam mu kilka chusteczek. Gdy weszłam do pokoju on był już ubrany.
-Z-zaraz przyjdę na dół. – powiedział. Podeszłam do niego i przytuliłam go mocno. Jego broda oparła się o moje ramię. Bach wziął mnie na kolana i znowu zaczął płakać. Ukrył twarz w moich włosach. Pogłaskałam go po specjalnie zrobionym warkoczu francuskim. Nie wiem co on czuł. Nigdy nie straciłam kogoś tak bliskiego jak bliźniak… Nigdy nie chciałabym czegoś takiego doświadczyć. Kto wie na co bym wpadła ?! To jest bez sensu. W jednej chwili jesteś uśmiechniętym i cudownym człowiekiem, a w drugiej śpisz snem wiecznym. Czy to nie jest zwykłe bestialstwo i chichot losu ?! Czasami mówią mi, że takie próby są bardzo ważne dla nas. Ale co mnie ma to obchodzić. Zabrali mi kolejnego brata. Nie mówię, ze Regulusa kochałam mniej, ale to Romulus pomagał mi jak byłam mała. On i Bachus. Obaj są cudownymi ludźmi. Nie wiem, kto mógł ich tak skrzywdzić, ale znajdę tę osobę i jeśli będzie trzeba powybijam jej wszystkie żebra z klatki piersiowej. Może poczuje to co Bach. Mam nadzieję. Zawsze kochałam wszystkich braci… Żaden nie był moim ulubionym… Powoli odbierają mi ich. Matka umarła, a ojciec okazał się idiotą. W sumie mało co ich żałowałam. Rozumiem jak to brzmi. Jak można nie żałować rodziców ?! A co byś powiedziała na to, że twój ojciec cię nie chciał, bo niby musiał uciekać jak najprędzej. A żeby go coś. Matka za to była nieczułą kobietą. Kiedyś podsłuchałam jak Syriusz i Rudolf gadają o tym, że kiedyś mnie upuściła, bo się wkurzyła na mój krzyk. Czy to jest normalne ?! NIE ! Bachus odsunął się ode mnie.
-Już trochę lepiej ? – spytałam, a on pokiwał głową.
-Dzięki malutka. – odparł i otarł oczy. Wstałam i ruszyłam do kuchni. Wygładziłam dłonią czarną sukienkę i przeczesałam dłonią grzywkę.
-Gotowy ? – spytała Scarlett. Pokiwałam głową z bladym uśmiechem. Z góry zszedł Bach. Scar podeszłą do niego i przytuliła go mocno. Spojrzałam na Scotta z delikatnym uśmiechem. Jego dłoń dotknęła mojej. Wszystko sobie wyjaśniliśmy. Jesteśmy przyjaciółmi, więc nic temu nie przeszkodzi. Szybko zaczęli wychodzić w kurtkach na zewnątrz.
-Czy każdy mógłby powiedzieć coś o nim ? – spytał Bachus, a my przytaknęliśmy. Spojrzał na mnie.
-Kocham Romulusa. Zawsze go kochałam. To on i Bachus zawsze mnie rozśmieszali. Byli cudownymi kompanami w zabawach kiedy byliśmy młodsi. Nie ważne, że kochał te swoje pająki, którymi często mnie straszył, ale mimo wszystko to był cudowny człowiek. Wkurwiał mnie za dwóch, ale i tak był świetny. – powiedziałam z bladym uśmiechem. Bachus otarł łzy i spojrzał na Syriusza.
-Był wkurwiającym szczeniakiem, ale mimo wszystko to świetny człowiek. – wymamrotał i po jego policzkach potoczyły się gorzkie łzy. Bach spojrzał na Rudolfa.
-Jego poczucie humoru było o wiele bardzie rozbudowane niż moje i za to go ceniłem. – odparł smutnym tonem.
-Piękny człowiek w środku, a na zewnątrz przystojny mężczyzna. Byliście tacy sami. – mruknęła Scarlett.
-Trzy słowa potrafią go opisać. Wszędobylski uśmiech, zamiłowanie do pająków i długie włosy. – wybełkotał Scott.
-Pamiętam wszystko co razem robiliśmy. Od kradnięcia sąsiadom jabłek jako gówniarze. Przez zabijanie niewinnych mrówek dla Charlesa i Haven. Aż po wczorajszy żart. Kochałem go bardzo. Może nie tak jak mogę kochać kobietę, bo to było by bardzo dziwne. Poza tym rozumieliśmy się bez słów. – wyszeptał i kilka razy załamał mu się głos. Scar cały czas trzymała go za dłoń.
~Minęło kilka dni. Jest teraz 30 grudnia. Carmen siedzi u Rose gdzie odbędzie się Sylwester. Nadal wszyscy są w żałobie.~
Usiadłam z bladym uśmiechem obok Rosie.
-Będzie cudownie. – zaśmiała się Martin. Walnęłam ją lekko w ramię.
-A żebyś wiedziała. – odparłam.
-Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie ? – spytała ni z gruchy ni z pietruchy. Pokiwałam głową.
-Pierwszy dzień w nowej szkole. Syriusz jako ten najstarszy pomógł mi się dostać do Francji. Przytulił mnie i kopnął w tyłek. Niby na szczęście. Wlazłam do Sali Głównej. Siedziałaś tam sama z głupim uśmiechem. Coś zrobiłaś, a to coś potem okazało się podłożeniem naszej dyrektorce pod siedzenie jakiejś ropuchy. Usiadłam obok ciebie. Taa… Wtedy zaczęła się pierwsza walka na żarcie. Pamiętam jak pierdzielnęłaś mnie jakimś mokrym melonem w twarz. Potem to ty dostałaś, ale truskawką w sukienkę. Zaczęłyśmy się śmiać jak dwa debile. Wtedy zaczęłyśmy być przyjaciółkami. Tak… To były czasy. Potem jak ans do jednego pokoju przydzielono jako te dwie pierdolnięte dziewczynki. Potem zaczęło się picie Ognistej. Ty zaczęłaś około 12 roku. Ja o wiele wcześniej. Jako 5-latka dostałam pierwszą Whisky. Bolało mnie potem gardło, ale dało się przyzwyczaić. Kochałam za to braci. Od małego mi pokazywali, że alkohol nie jest zły, ale nie wolno przesadzać. – powiedziałam ze śmiechem. Zaczęłyśmy ryć jak dwie idiotki. Do pokoju Martin wszedł Xavier.
-Czy was już do końca pojebało ? – spytał nieuprzejmie. – Cały dom się trzęsie, a starsi się rzucają. – dodał oburzony.
-Ohh. Przestań. – zaśmiałam się, a Rose machnęła różdżką i drzwi za nim się zamknęły.
-I nie wracaj. – burknęła za nim. – Trza iść spać skarbie. – dodała z uśmiechem. W sumie była już 3 rano. Przebrałyśmy się w piżamki. Oczywiście bez rycia bani nie obyło się. Zasnęłyśmy szybko. Obudziło mnie trzaśnięcie drzwi.
-Witajcie śpiące królewny. – zaśmiał się niezidentyfikowany głos.

_________________________________________________________
Jestem kochani. Trochę pod naporem mojej kochanej Oliwki to dodałam, ale mam nadzieję, że nie jest tak źle. :* Kocham was za tyle wyświetleń. Jesteście boscy. 

środa, 22 maja 2013

50. "Nie lubię świąt."

Odsunęłam się od Freda i rozglądnęłam się po Sali. Scott spał pod jakąś ławą, a Tatia na niej. Rose oparła się o ramię Georga i oboje spali. Ruszyłam do swojego pokoju, by zacząć się pakować. W końcu jutro jadę na święta do domu. Jak sadzę, Potter też u nas będzie. Ja jedna i pięciu facetów. Zapowiadają się niesamowite święta. Może uda się jeszcze ściągnąć rodzinę Scotta. W sumie jest tam tylko on i matka, więc trudno nie powinno być. Wlazłam do pokoju i otworzyłam kufer. Zaczęłam układać rzeczy i przygotowałam coś na jutro. Nie było najgorzej. Pociąg odjeżdża o 13. Ległam na łóżko i zasnęłam. Obudziła mnie Alicja krzycząc, że jeśli się nie pospieszę to całe święta szlag jasny trafi. Z trudem zwlokłam się z łóżka i ubrałam czarne spodnie, zieloną koszulkę i sweter od Molly.
-Wingardium leviosa. - powiedziałam i sprowadziłam kufer do pokoju wspólnego. Scott już siedział z Diabłem na kolanach.
-Zguba. - odparł z uśmiechem.
-Dzięki. - powiedziałam i odebrałam klatkę. Czyjeś dłonie objęły mnie lekko, a czyjeś usta dotknęły mojej szyi. Dotknęłam rudej czupryny. - Jutro święta. - dodałam szeptem.
-Będę tęsknił. - zaśmiał się Weasley. Całą zgrają ruszyliśmy na Dziedziniec Główny. Na nim stała Minerwa i z uśmiechem życzyła wesołych świąt. Wlazłam do wagonu i usiadłam z Fredem, George'm, Rose, Harrym i Ronem. Hermionę gdzieś wcięło po drodze.
-Z kim tańczył Oliver? - spytał ni z gruchy, ni z pietruchy George.
-To było zaplanowane tak, żebyś się postarał, a Olie tak na serio przyszedł z Luną. - odparła Rose kładąc głowę na jego ramieniu. George nie był ani trochę zły, a delikatnie zaskoczony.
-Wy... Nabraliście mnie? - spytał zdziwiony, a ja, Rose i Fred kiwnęliśmy głowami. - I ty przeciwko mnie? - dodał rozpaczliwym tonem patrząc na Freda. Ten tylko przytaknął. Wtuliłam się w mojego rudzielca i zasnęłam szybko. Zazwyczaj nie śpię w środkach lokomocji, ale tym razem mnie zmogło.
-Kochanie. Dojeżdżamy na stację. - wyszeptał mi Freddie na ucho. Otworzyłam oczy i usiadłam obok niego. Uśmiechnęłam się i pocałowałam go lekko. Fred się uśmiechnął i objął mnie ramieniem. Pociąg się zatrzymał, więc wyszliśmy w radosnych nastrojach. Na stacji stał Rudolf.
-Do po świętach. - powiedziałam patrząc Fredowi w oczy. Jego usta musnęły moje.
-Wesołych. - odparł ze śmiechem i zaczął żegnać się z innymi.
-Pozdrów ode mnie braci. - mruknęłam przytulona do Rose.
-A ty swoich. - zaśmiała się. - I nie przesadźcie z Ognistą. - dodała i puściła mi oczko.
-Ojj. Ale kto nie lubi kolęd po pijaku? - spytałam, a jakaś kobieta spojrzała na mnie przerażona. - Dobry wieczór. - powiedziałam do niej z uśmiechem, a ta odeszła prędko. Westchnęłam i zatachałam kufer, miotłę i Diabła do Ruddiego.
-Długo się żegnasz. - wymamrotał biorąc mój bagaż. Z nami jadą Scott i Harry. Wlazłam do samochodu. Z przodu usiadł Potter i Rudolf.
-Do Grimmauld Place... Do domu. - szepnęłam przyklejając nos do szyby. Dojechaliśmy szybko. Wyszłam z samochodu, a śnieg niemiło zatrzeszczał pod butami.
-Scott. Jutro o 18 zapraszamy do nas. Mama już wie. - wyjaśnił Rudolf. Farro pokiwał głową.
-Do jutra. - zaśmiał się chłopak i pocałował mnie w policzek.
-Będziemy czekać. - odparłam pakując się do środka.
-Wesołych etc. - mruknęli bliźniacy i przytulili mnie i Harrego.
-Jak zawsze wylewni w słowach. - burknął Potter. Wzruszyłam ramionami.
-Syriusz skarbie. Chrześniak i najukochańsza siostrzyczka przyjechali. - krzyknęłam, a z kuchni wyłonił się najstarszy braciak w zielonym swetrze z różowym fartuszkiem przewiązanym na biodrach.
-Harry. - ryknął na pół domu.
-Syriusz. - odkrzyknął Wybraniec. Obaj uściskali sobie dłonie i zaczęli gadać o pierdołach. Nie lubię świąt. Sztuczna atmosfera... Jedyne co mi się podoba to Ognista do każdej potrawy i prezenty. Ruszyłam do kuchni by zrobić kolację przedświąteczną.
-Ludu. Robię kanapki. Jakieś specjalne zamówienia ? - krzyknęłam, ale odezwał się tylko Potter, który chciał kanapeczkę z dżemem. Spojrzałam z odrazą na słoiczek wypełniony truskawkowym dziadostwem.Zrobiłam kanapki. Zgarnęłam je szybko na talerz.
-Kie... Ooo... - wymamrotał Ruddie wchodząc do kuchni. Ze stania zabrał dwie kanapki.
-Kolacja. - ryknęłam i spojrzałam na Rudolfa, który nalewał Whisky do szklaneczek. Pierwsi pojawili się Bachus i Romulus.
-Komu święta temu Nutella. - mruknęli razem i usiedli do stołu. Syriusz przyszedł z Potterem i oboje przysiedli się do nas. Uraczyliśmy się tostami i Ognistą.
-Smacznego. - odezwał się Łapa. Wszyscy rozumnie pokiwali głowami. Wpakowałam kilka tostów do ust i posiłek się skończył. - Do łóżek. Carmi. Zaprowadź Harry'ego do pokoju Regulusa, chyba, że oddasz mu swój pokój, a sama będziesz spała u któregoś z nas. - dodał z uśmiechem.
-Rudolfie ?! - spytałam, a ten przytaknął głową z uśmiechem. Westchnęłam i zaczęłam prowadzić Wybrańca do swojego pokoju. Otworzyłam drzwi i czym prędzej upchnęłam porozrzucane ciuchy do szafy.
-Uroczo. - zaśmiał się Potter trzymając w dłoni zdjęcie moje i Freda. Mieliśmy takie śmieszne miny i wielgachne uśmiechy. Zabrałam mu zdjęcie i wzięłam piżamy.
-Jeśli coś rozpierniczysz to ci ujebię łeb. - warknęłam na Wybrańca. Ten zasalutował, a ja wyszłam. Ruszyłam zrezygnowana do pustego pokoju Rudolfa. Otworzyłam drzwi i korzystając z nieobecnosci brata przebrałam się szybko. Usiadłam na łóżku. Ruddie przyszedł po kilku minutach. Położyłam się pod kołderką i zamknęłam oczy. Zaraz po tym poczułam bliskość jego ciała.
-Branoc. - wyszeptał całując mnie w czółko. Zasnęłam. Obudziła mnie woń powietrza po burzy. Wstałam i ruszyłam na dół. Zawiązałam ulubiony fartuszek Syriusza na biodrach. Zaczęłam robić dla odmiany omlety. Wytachałam potrzebne rzeczy i zaczęłam smażyć potrawę. Z piosenką na ustach i w samej koszulce oraz dole bielizny przewiązanej fartuszkiem, robiłam pyszne śniadanko. Zaczęłam powoli rozkładać omlety na talerzach. Tym razem wlałam każdemu piwa kremowego. Usiadłam sobie przy stole, by potem iść do mugolskich sklepów i kupić coś braciom, Potterowi, mamie Scotta i samemu Scottiemu. Zjadłam spokojnie jedzenie i wypiłam piwo. Postawiłam każdemu talerz z potrawą i szklankę piwa. Jeszcze wytargałam karteczkę. Zaczęłam bazgrać po niej piórem. "Jeśli którykolwiek z was ruszy Ognistą, którą schowałam na święta to obiecuję, że osobiście go zlinczuję. Nie żartuję. Najsłodsza na świecie siostrzyczka Carmen." Położyłam kartkę na środku stołu i ruszyłam się ubrać. Wzięłam jakieś spodnie i czerwony sweter od Molly. Szybko założyłam trampki i zgarnęłam czarną puchową kurtkę. Jeszcze tylko różdżka i pieniądze. Zebrałam wszystko i wyszłam z uśmiechem. Ruszyłam do pierwszego lepszego sklepu z odzieżą. Syriuszowi muszę kupić jakieś spodnie, bo ciągle łazi w tych powycieranych. On wstydu nie ma. Wlazłam do środka.
-Dzień dobry. - powiedziałam jak to na kulturalnego obywatela przystało.
-Dobry. W czymś pomóc ? - spytała ekspedientka gasząc papierosa na biurku.
-Chciałabym kupić spodnie. - odparłam.
~I tak minęły zakupy. Bliźniacy dostaną po paczce fajerwerków i słoiku Nutelli. Ruddie otrzyma nową torbę na papiery. Potter dostanie figurkę rogogona. Pani Farro śliczną zieloną sukienkę, a Scott nową mugolską książkę o wilkołakach.~
Spojrzałam na książkę. W sumie proponowałam Farro by pogadał z Lupinem, ale ten się upierał, że nie chce burzyć swojej ideologii. Ruszyłam obładowana do domu i przetransportowałam się do swojego pokoju. Wrzuciłam prezenty do szafy i zamknęłam ją na kilka kłódek. Spojrzałam na łóżko.
-Potter. Wstawaj do chuja pana. Ja tu już na zakupach byłam, a ty nadal leżysz. Omlet ci wystygł. - zaczęłam na niego krzyczeć, a ten tak się przejął, że aż spadł z łóżka.
-Carmen. Czy ty zawsze musisz używać tak bolesnych i niemiłych środków ?! - warknął, a ja pokiwałam głową. Szybko wyszłam z pomieszczenia i zrobiłam obchód po domu. Okazało się, że tylko Wybraniec śpi. Usiadłam przy stole, gdzie bracia kończyli jedzenie.
-Ognista jest cała. - poinformował mnie Syriusz.
-Bardzo się cieszę. - odparłam i spojrzałam na zegarek, który przedstawiał godzinę 12. - Skarby, ozdobić mi pięknie dom. Ale już. - warknęłam, a ci poleźli na górę ociężale. Usiadłam przed kominkiem z jakąś książką.Co chwila bracia i Potter podchodzili do mnie by spytać gdzie, co i jak. Dosyć znośnie na końcu to wyglądało, więc o 16 ruszyłam na górę. Szybko weszłam pod prysznic i umyłam się cała. Włosy opadały mi po ramionach i były bardzo mokre, więc zawinęłam je w ręcznik. Wyszłam i stanęłam przed szafą. Wybrałam tę samą sukienkę i te same ciuchy, w których byłam w październiku na Balu z Draco. Szybko się przebrałam i podmalowałam. Wyszłam z pokoju i zeszłam na dół. Dochodziła 17, więc zaraz pojawi się Scarlett i Scott. Spojrzałam na moich braci. Wszyscy mieli na sobie garnitury. Nawet Potter.
-I zeszła zmora. - zaśmiał się Rudolf. Do domu ktoś zaczął pukać. Podeszłam do drzwi i w pierwszej chwili zauważyłam mamę Scotta. Przytuliłam kobietę.
-Witaj kochana. - zaśmiała się pani Farro.
-Dobry wieczór. Zapraszam. - odparłam z uśmiechem i odebrałam od niej płaszcz. Noga trolla przysłużyła się wreszcie. Za nią wszedł mój przyjaciel obładowany prezentami. Chyba niósł i swoje i mamy.
-Cześć słońce. - wymamrotał. - Pomóż. - wyjęczał, a ja z uśmiechem zabrałam od niego kilka toreb.
-Proszę i zapraszam. - zaśmiałam się i wprowadziłam ich do jadalni. Scarlett pomogła mi rozkładać jedzenie na stole. I wszystko potoczyło się dość normalnie.
-Dobra. Nie chcę mi się wysłuchiwać nieprawdziwych życzeń i widzieć sztucznie wykrzywione twarz, więc wszystkiego najlepszego. - odezwał się Syriusz. Wszyscy mu przytaknęli, a ten zaczął rozlewać Ognistą.
-Syriuszu. Tak nie przystoi. - odezwała się oburzona pani Farro. Łapa spojrzał na nią zdziwiony.
-Ale Scar... - urwał, bo ta spojrzała na niego niczym morderca. Odłożył trunek i porozlewał piwa kremowego. Oczywiście nie obyło się bez dezaprobaty reszty braci. Wreszcie po skończonym posiłku Łapa kiwnął na mnie głową. Spojrzałam na choinkę i na prezenty.Wstałam i zaczęłam z uśmiechem wręczać podarki. Swoje zostawiałam pod choinką, by potem do nich wrócić.
-Dzięki. - zaśmiał się Syriusz wyciągając spodnie. Reszta odpakowywania minęła w fajnej atmosferze.
~Czy tylko mnie ciekawiły jak mogą wyglądać święta u Lorda Voldemorta ?! Pokażę wam moją wizję. *perspektywa Niny*~
Usiadłam przy suto zastawionym stole. Mój brat zachował powściągliwy wyraz twarzy. W sumie nie dziwię mu się. Sam mówił, że Boże Narodzenie to najgorsze święto jakie można było wymyślić.
-Dianno, czy podasz mi rybę ? - spytał Voldemort. Święta z nim były cholernie nudne. Czarno wszędzie jak w dupie u murzyna, a on chce wprowadzić świąteczny nastrój. Czy ten człowiek jest niepoważny ?! Dianna podała mu to o co prosił, a ja wbiłam widelec w pieroga. - Jak idą jej przygotowania na Śmierciożerczynię ? - spytał syczącym głosem. Jak ja tego nie lubię. To tak jakby pytał się o miłość tak zimnym tonem.
-Dość dobrze. - mruknęła Diann niepewnie. Widać było gołym okiem, że kłamie. Tom spojrzał na mnie z rządzą mordu wypisaną na spokojnej twarzy.
-Myślałem, że coś z ciebie będzie... Pomyliłem się. - wyszeptał Tommie i wyciągnął różdżkę w moim kierunku.
-Riddle. Ty chyba nie masz zamiaru jej zabijać ?! - krzyknęła w mojej obronie Dianna. Ten zmierzył ją potępieńczym wzrokiem i zwrócił się do mnie.
-Jesteś moją siostrą. - skomentował Volddie.
-Zabij mnie. - krzyknęłam przerażona, a ten wzruszył ramionami. - Avada Kedavra. - warknął. Nie wiedziałam, że to będzie ostatnie usłyszane zaklęcie. Poczułam tylko walnięcie o podłogę i umarłam. Zabił mnie własny brat. Marzenie...
_________________________________________________________
No i jest. Zadedykowany Oliwce, która srała się bym go dodała. Specjalnie dla niej jest koniec. :* Tradycyjnie dziękuję za tyle wyświetleń, ale komentarzy coś mało było. No nic. Mimo wszystko dziękuję.